
Koniec z rekreacyjną marihuaną w Tajlandii. Sklepy z ziołem muszą zamienić się w kliniki medyczne
Rząd Tajlandii drastycznie zaostrza zasady sprzedaży konopi indyjskich. Zgodnie z nowymi regulacjami Ministerstwa Zdrowia, sklepy z marihuaną będą musiały przekształcić się w placówki o charakterze medycznym, jeśli chcą zachować lub odnowić licencje. To ostateczny cios w masową turystykę rekreacyjno-konopną, która zalała kraj w ciągu ostatnich czterech lat.
Szef Departamentu Medycyny Tradycyjnej i Alternatywnej, dr Pongsadhorn Pokpermdee, poinformował, że nowe przepisy weszły w życie z końcem kwietnia. Ich celem jest uporządkowanie rynku i ukrócenie chaosu, jaki zapanował w kraju po historycznej, ale niedopracowanej depenalizacji konopi w czerwcie 2022 roku. Wtedy to – w obliczu braku jasnych przepisów wykonawczych – w całej Tajlandii, a zwłaszcza w kurortach turystycznych, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać punkty serwujące marihuanę wyłącznie do celów rozrywkowych.
Teraz zasady gry diametralnie się zmieniają. Każdy przedsiębiorca ubiegający się o nową licencję na dystrybucję konopi musi udowodnić swoje powiązanie z branżą medyczną lub farmaceutyczną. Oznacza to, że punkty sprzedaży będą musiały ściśle współpracować z klinikami, producentami leków tradycyjnych lub licencjonowanymi uzdrowicielami. Ponadto w każdym punkcie, w godzinach jego otwarcia, będzie musiał stale przebywać przeszkolony pracownik, a same produkty konopne będą mogły być wydawane wyłącznie na zalecenie lekarza lub uprawnionego terapeuty.
Co to oznacza dla obecnych właścicieli popularnych "weed shopów" w Bangkoku czy na Phuket? Dr Pongsadhorn wyjaśnił, że dotychczasowe licencje zachowają ważność do daty ich wygaśnięcia, jednak każda próba ich odnowienia będzie musiała odbyć się już na nowych, rygorystycznych zasadach. Oficjalne dane pokazują, że w kraju wydano około 12 tysięcy licencji ważnych na lata 2026–2028, z czego aż połowa wygasa jeszcze w tym roku. Dla wielu właścicieli mniejszych sklepów nastawionych na turystów rekreacyjnych może to oznaczać konieczność zamknięcia biznesu.
Zaostrzenie kursu to również efekt ogromnej presji społecznej. Mieszkańcy tajskich miast regularnie skarżyli się na wszechobecny zapach dymu i zbyt łatwy dostęp do używki dla nieletnich. Z kolei szpitale raportowały gwałtowny wzrost liczby pacjentów hospitalizowanych z powodu przedawkowania silnych odmian marihuany.
Co ciekawe, za obecnym odwrotem od liberalizacji stoi ten sam człowiek, który w 2022 roku stał na czele wielkiej konopnej rewolucji. Anutin Charnvirakul, ówczesny minister zdrowia i lider partii Bhumjaithai, dziś jako wicepremier kieruje rządem, który te zmiany cofa, próbując naprawić błędy z przeszłości i odzyskać kontrolę nad rynkiem.
Źródło
bangkokpost