Tajlandia kontra rzeczywistość. Przepisy zakazały marihuany, ale na ulicach Bangkoku nic się nie zmieniło
Aktualności
Aktualności

Tajlandia kontra rzeczywistość. Przepisy zakazały marihuany, ale na ulicach Bangkoku nic się nie zmieniło

Choć rygorystyczne przepisy rządu miały ostatecznie zamknąć erę rekreacyjnej marihuanowej rewolucji w Tajlandii, rzeczywistość na ulicach Bangkoku brutalnie weryfikuje te plany. Na słynnej turystycznej ulicy Khaosan Road handel kwitnie w najlepsze, a nakaz kupowania zioła wyłącznie na receptę lekarską stał się w wielu miejscach czystą fikcją.

Recepta od lekarza? Wystarczy obejść system

Wprowadzony pod koniec kwietnia nakaz przekształcenia sklepów w kliniki medyczne teoretycznie oznacza, że każdy klient przed zakupem musi zarejestrować się w tradycyjnej przychodni, przejść diagnozę i otrzymać oficjalną receptę. Aktywiści i sami pracownicy branży przyznają jednak otwarcie: prawo stało się martwe niemal w dniu jego ogłoszenia.

„Nikt tak naprawdę nie przestrzega oficjalnej drogi zakupu” – mówi otwarcie znana tajska aktywistka konopna, Chokwan Chopaka.

Większość punktów handlowych w kurortach sprzedaje towar każdemu chętnemu, a fikcyjną dokumentację medyczną tworzy „wstecznie” na wypadek kontroli. Niektóre sklepy nawiązały nieformalne układy z lekarzami, którzy wypisują recepty hurtowo, lub korzystają z systemów telemedycyny, które nie podlegają niemal żadnej weryfikacji.

Wyższe koszty legalnego biznesu i strach przed policją

Na Khaosan Road, gdzie na odcinku zaledwie 400 metrów działa ponad 10 salonów z marihuaną, podejście do prawa zależy głównie od grubości portfela właściciela. Niektóre, większe salony zdecydowały się na pełną legalność, co jednak mocno uderzyło ich po kieszeni.

  • Zatrudnianie lekarzy na etacie: Część sklepów opłaca lekarzy, którzy pojawiają się na miejscu kilka razy w tygodniu, by legalnie zatwierdzać dokumentację klientów. Przekłada się to bezpośrednio na wyższe ceny towaru.

  • Obawy turystów o prywatność: Konieczność podawania swoich danych osobowych w celu uzyskania recepty odstrasza wielu zagranicznych gości, którzy boją się problemów z prawem w swoim ojczystym kraju.

Z drugiej strony, mniejsze punkty w ogóle nie przejmują się nowymi nakazami. Ich pracownicy przyznają, że policja patrzy na turystów przez palce. Nawet jeśli obcokrajowiec zostanie zatrzymany z marihuaną bez recepty, zazwyczaj kończy się to jedynie na łagodnym pouczeniu.

Sklepy mają 3 lata, ale ministerstwo już pisze nową ustawę

Przedstawiciele rządu bronią swoich decyzji i przypominają, że zmiana rynku w segment czysto medyczny musi potrwać. Istniejące sklepy mają prawo działać na starych zasadach do czasu wygaśnięcia ich licencji (nawet do 3 lat), pod warunkiem, że w teorii będą wymagać recept. Branża ostrzega jednak, że jeśli urzędnicy całkowicie zablokują rekreacyjny dostęp, większość z 12 tysięcy legalnych biznesów zbankrutuje.

Minister zdrowia Pattana Promphat zapowiedział, że do końca maja trwają konsultacje społeczne nad nową, jeszcze surowszą ustawą o konopiach i konopiach włóknistych. Ma ona przyspieszyć procedury parlamentarne i dać służbom realne narzędzia do kontroli upraw oraz sprzedaży.

Eksperci ostrzegają: dopóki rząd będzie jedynie zaostrzał kary na papierze, nie edukując przy tym społeczeństwa i turystów, tajski rynek konopny zejdzie do szarej strefy, w której papierowe przepisy będą zastępowane sprytnymi łapówkami i układami pod stołem.

Źródło

bangkokpost
Udostępnij